Błogosławiona kobieta – Dlaczego (nie) ja?

Budzę się i myślę: Cholera, znowu pranie, gotowanie, sprzątanie. Znowu godziny pracy w domu i przed biurkiem, by zarobić kilka groszy. Trochę ponarzekam w myślach, pijąc kolejne łyki zimnej kawy, po czym z godziny na godzinę zapominam o całym tym zamieszaniu, czując we wnętrzu poczucie szczęścia z bycia tu i teraz i z posiadania tego, co posiadam. Często zmęczona – ale szczęśliwa, czego więc jeszcze braknie w moim życiu, by szczęścia tego nie musieć sobie uświadamiać a, by po prostu było?
Zrozumienie i docenienie kluczem do udanego związku.
Nie, mi nie chodzi o szukanie poklasku. Nie szukam uznania i podziwu, szukam ciepłego wzroku bliskich, którzy z wdzięcznością spojrzą na umyte gary czy usmażonego w panierce kotleta. Tylko tyle i aż tyle. Chcę być zauważona jako kobieta, która ogarnia cały ten rozgardiasz każdego dnia. Człowiek, który trzyma w rydzach swoją nieokrzesaną gromadę małych buntowników i wreszcie, kobieta, która ma również swój udział i wpływ na domowy budżet.
,,Niech żyje bal, bo to życie to bal jest nad balem. Orkiestra gra, drugi raz nie zaproszą nas wcale…”
O ile życie byłoby prostsze, piękniejsze i łatwiejsze, gdybyśmy tak jak te papużki nierozłączki nieustannie wpatrzone w siebie dożyli dni starości. Nie znam takich rodzin. Tak wiem, że są, czasami rzuci mi się w oczy jakiś komentarz o super zgodnym małżeństwie i bezbłędnym macierzyństwie, którego reszta może tylko pozazdrościć. Wiem jedno, tam, gdzie problemy i kłopoty o różnym podłożu (czy to finansowe, wychowawcze, poglądowe…) tam zawsze zgrzyty i niesnaski. Że też człowiek nie widział wad swojego partnera zaraz po jego poznaniu, a może widział, tylko wówczas mu zupełnie one nie przeszkadzały? Wypracowałam sobie pewną teorię na temat związków, czy to partnerskich, czy też małżeńskich, nieważne, status nie gra roli – liczą się lata przeżyte wspólnie u swego boku. Według mojej teorii związek przechodzi przez dwa etapy:
Pierwszy etap:
Partner widzi w partnerze same zalety. Kochankowie mają świadomość swoich wad, odmiennych charakterów czy poglądów, jednak skupiają się na tym, co dobre i tym, co przynosi im szczęście i podekscytowanie.
Drugi etap:
Partnerzy widzą same wady w sobie nawzajem. To okres, w którym przestajemy doceniać drugą osobę, za to kim jest, co dla nas robi, skupiając się na tym, jaki nie jest, co zrobił źle i dlaczego nie tak, jak my byśmy chcieli.
To dość naukowe i teoretyczne wyjaśnienie moich spostrzeżeń. Przejdę do praktyki. Otóż jeszcze kilka lat temu śmiałam się z głupich żartów mojego męża, z jego dziwacznego zachowania w niektórych sytuacjach, czy braku wiedzy w dziedzinach mi bliskich. Teraz, zamiast śmiać się z powyższego wolę przybierać postać zimnej s….mającej wiecznie o coś pretensje. Oczywiście, żeby nie było, kij ma zawsze dwa końce, a tym drugim jest mój mąż, który nie pozostaje dłużny w wiecznym narzekaniu na moje zachowanie czy czyny. I tak koło się zamyka, a my jak te dwa chomiki koło siebie biegniemy w kołowrotku, sapiąc ze zmęczenia i nerwów, zamiast przysiąść, wyjąć z paszczy nagromadzone skarby i wspólnie cieszyć się życiem.
Do czego zmierzam w tym tekście? Podsumowanie jest proste. Zacznijmy mówić sobie KOMPLEMENTY. Otwórzmy oczy na swoje zalety, zamknijmy umysł na swoje wady. Nie wiem jak wygląda Wasze życie rodzinne ale wiem, że mi jest ciężko. Po pojawieniu się dzieci spadła na mnie lawina zmian w związku, którą odsunęłam na bok w imię macierzyństwa. Ciężko wygrzebać się z brudów, które jak kurz gromadzą się w zakamarkach każdego dnia i niepielęgnowane tworzą warstwę trudną do zdarcia. Chcę być zauważona we własnym domu, chcę by bliscy, doceniali moją pracę i trud, który wkładam, żeby zaspokoić potrzeby i pragnienia innych. Chcę słyszeć: dziękuję, doceniam, szanuję, przepraszam. Sama muszę zacząć używać tych słów częściej…
,,Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.”